|
Tego lata jeżdżę po jarmarkach i opowiadam historie, które wymyślam na zawołanie
wtorek, 22 stycznia 2008
Pies w islamie
Mieszkam w hoteliku, gdzie pokoje tłoczą się wokół zielonego patia z szumiącą fontanną. Właścicielka, radośnie obszerna, tuli do siebie białą owieczkę o imieniu Lulu. Tak kocha swoją pudliczkę, że się z nią nie rozstaje. - Nie, Lulu nigdy nie wychodzi na dwór – mówi Amina. – Ona tego nie potrzebuje. Moja Miszka ma różne potrzeby. Chodzi samopas, bez smyczy. Rano, gdy ruszamy w świat i robi kupę, którą ja natychmiast zbieram do chusteczki jednorazowej, widzę Arabów, którzy patrzą na mnie wzrokiem bez wyrazu. Ile tabu na raz naruszyłam? Pies jest nieczysty, gdy się go dotknie trzeba umyć ręce siedem razy. „Nieczysty” to pojęcie średniowieczne, w tłumaczeniu „niebezpieczny, bo roznosi zarazki”. Mądry Mahomet, by chronić wiernych dozwolił trzymanie psów w trzech przypadkach: psy myśliwskie, pasterskie albo stróże. Dziś w dobie genetyki, nie boimy już psich chorób, Pojęcie „nieczystości”, pozbawione konkretu, zyskało wymiar metaforyczny. Nieokreślone, więc niezrozumiałe, budzi lęk. W Rabacie pokojówka, wchodząc do mego pokoju, wrzasnęła z przerażenia, upuściła tacę i uciekła. Na łóżku siedziało czarno-biale długowłose stworzonko, tak urodziwe, że w Europie zatrzymują mnie na ulicy, żeby wyrazić zachwyt. A pokojówka zobaczyła "siłę nieczystą". Na ogół Arabowie patrzą na mego psa, nie widząc go. Jak nie widzi się czegoś, co przeszkadza. Nazywam to „postrzeganiem wybiórczym”, gdy z lenistwa, indoktrynacji lub strachu zamykamy oczy na coś, co przed nimi jest i stoi. Czasami zamknięte oczy otwierają się. Nieprzyzwyczajone, widzą świat w dziwnych kolorach. W Tangerze młodzi chłopcy coś za mną krzyczeli, jakby mlaskając. Okazało się, że krzyczeli „Love, love” i pokazywali języki. Wyśmiewali się ze mnie – kobiety z małym pieskiem. Wiadomo po co te cudzoziemskie baby trzymają takie coś. Żeby im sprawiały przyjemność, liżąc cipkę. Obrzydliwe. Ale w pewien pokrętny sposób logiczne. Prorok usprawiedliwia posiadanie psów, tylko gdy są użyteczne. Więc taka mała szczekająca pokraka, jeżeli tak się ją hołubi też musi do czegoś służyć swoim właścicielkom. Siedzimy z Aminą, właścicielką wełnistej pudliczki a przy okazji i całego hotelu, w fotelach z ratafii wokół fontanny. Fotele trzeszczą. Lulu przez sen wzdycha, Miszka pochrapuje. – Mało kto o tym pamięta – zaczyna Amina – ale Prorok nie miał negatywnego stosunku do psów. Wspomina się o tym w jednej sunnie. A było to tak: Pewnemu człowiekowi, bardzo chciało się pić. Naciągnął wody ze studni, napił się. Poszedł dalej. Po drodze zobaczył psa, tak spragnionego, że lizał błoto. Zrozumiał, że pies czuje to samo co on. Wrócił do studni i dał mu pić ze swego buta. Mahomed go za to pochwalił: „Bo trzeba okazywać dobroć każdej żywej istocie.” Niezwykła historia. W kulturze europejskiej cenimy psy za to, co robią dla nas. Jakie są wierne, ratują nam życie, płaczą po naszej śmierci, bawią nas. Z zapałem uprawiamy szowinizm gatunkowy, zawsze w centrum zwierzęcego świata. Ta muzułmańska przypowieść niesie inne przesłanie. Człowiek zauważył, że pies cierpi z pragnienia tak samo jak on. Postawił swój ból na równi z bólem zwierzęcia. Tym samym odżegnał się od należnej mu roli Pana Stworzenia. W niemuzułmańskim świecie trzeba było czekać roku 1975, by Peter Singer wydał „Wyzwolenie zwierząt”, gdzie dokumentuje całą skalę przemocy stosowanej wobec zwierząt. W muzułmańskm świecie, w którym sunna o piciu ze studni ma ponad 1400 lat, Amina trzyma Lulu zamkniętą z hoteliku nie dla kaprysu. Ukrywa, że ma psa, by nie robić sobie wrogów. Tag: <a href="http://technorati.com/tag/Maroko" rel="tag" class="techtag">Maroko</a>
poniedziałek, 24 grudnia 2007
Pragnienie posiadania
Pragnę posiadać. Nie tak, żeby mieć, ale żeby się stopić, scalić. Stać się jednością z obiektem mego pożądania. Dotyczy to ludzi i niektórych abstrakcji. Walczę z pragnieniem posiadania mężczyzn, których kocham. Nie są mną. « Nigdy nie zaśmieję się twoimi ustami » wyrwało mi się kiedyś. Przebłyski instynktu posiadania mam też w stosunku do przyjaciół i do mego psa. « Miszka, zjadłabym cię », mówię do niej. To nie figura retoryczna. Zjeśc, to posiadać w sensie absolutnym. Tyle, że takie posiadanie nie trwa. Sztuka trwa, co wzbudza we mnie rodzaj niechęci. Nie zależy mi, by mieć na własność rzeźby albo obrazy. Nocą krążyłam po 15 dzielnicy Paryża kradnąc kwiaty. Jak inaczej mogłam przywłaszczyć sobie kawałek miasta ? Chciałabym być paroma miastami – Vezelay, Paryżem, Wilnem. Żeby krążyły w moich żyłach. Nie mam poczucia, że coś mi się należy. Bywam też szczęśliwa. Nad morzem w czasie burzowej pogody, gdy nadpływa wysoka fala, a ja się na nią rzucam.
czwartek, 06 grudnia 2007
Dżemma el-Fna cd
Dina, która właśnie w Marrakeszu dokonała niepokalanego poczęcia czyli zaszła w ciążę pozostając dziewicą, nie wyniosła z miasta najlepszych wspomnienień. Ale Dżemma el Fna, ten plac… Dżemma el Fna… brakowało jej słów, by opisać tę niezwykłość. – Tylko Mekka ma w sobie podobną moc. Miejsca, o których opowiadano nam cuda, potrafią rozczarować, bo wyobraźnia tworzy własny niedościgniony obraz. Moja, z braku obycia z kulturą arabską, dała się zaskoczyć. W noc przyjazdu potulnie uległam magii olejnych latarenek, dymu i gotowanych ślimaków. Rano budzę się sceptyczna. Nie będę na siłę szukać niezwykłości. Mamy taką tendencję, by usprawiedliwić podróż. Na placu nie dzieje się nic specjalnego. Tu ktoś gra na bębnach. Tam parę osób pokazuje cyrkowe numery. Dziewczyny z obojętnymi oczami malują turystkom ręce henną. Egzotyka typu zaklinacze węży lub połykacze ognia mnie nie bawi. Zjadaczom szkła, chętnie powiedziałabym, żeby przestali, bo mi ich szkoda. Chodzę, patrzę. Mężczyżni-szkieleciki w kucki koło książek i jakichś obrazków. Kobieta spowita na biało rozłożyła na przenośnym stole susz, rośliny, korzonki. Grupa muzyków zaprasza mnie do środka kręgu. Siadam. To wyróżnienie i pułapka. Widz dopieszczony nie będzie umiał odmówić – zawsze wrzuci obola do kapelusza. Jestem turystką. Tylko?
wtorek, 27 listopada 2007
Nocą na Dżemma el-Fna
Dziesiątki, nie, setki światełek. Czuję się, jakbym patrzyła na nie z góry. A przecież staję na płaskim, a przede mną też płasko. Plac zda się ciągnąć w nieskończoność. Niebo jest ciemne i okrągłe. Na placu stoiska ze zbitych desek. Na każdym jedzenie i latarenki na olej. Powietrze zasnuwa dym. Pachnie olejem i smażeniną z nutą czegoś słodkiego. Pomarańczy? Na obrzeżach młodzi chłopcy wyciskają pomarańcze. Jak na akord. Jedna, druga. Do szklanek wpada sok i miąsz. - Oh, przepraszam! Znowu ktoś na kogoś wpadł. Na dwa kroki od stołu nic nie widać. Bo dym, bo latarenki oświetlają tylko jedzenie. Tu sałaty na zimno. Tam szaszłyki, plastry baraniny, kus-kus i znowu pomidory…. Siadam na ławie. Wąska deska się ugina. Obok mnie dwie Amerykanki. Slimaki zamawia się w kubkach. Wybieram kubek średni. Skorupka – nadziać na wykałaczkę, wyciągnąć. Trochę twardawe. Smak przydymiony. – Jaki to rodzaj ślimaków? – zwracam się do… właściciela? Kelnera? – Tu veux un autre? – pyta. – Manger, tres bon, pas cher. Odwracam się do Amerykanek: - Do you like it? Gulgoczą coś i odchodzą, jakby wystraszone. Oj, nie pogadam ja tu sobie
poniedziałek, 26 listopada 2007
w drodze do Marrakeszu
W pociągu z Casablanki do Marrakeszu. W przedziale trzech chłopców, 13-14 lat. Ja – z Polski, oni – jadą na kolonie. Żarty, przekomarzania. Któremuś opowiadam historię. Do jakiegoś słowa, o czymś. Dalej żarty i przekomarzania, ale robi się mniej przyjemnie. Jeden z chłopców, Ahmed, trajkocze po arabsku do kumpli, pokazując na mnie palcem. Wyją ze śmiechu. Potem słyszę piękną rymowankę: - Les Polonais, des pédés! Bagatelizuję. Ahmed nie przestaje. Zgrywa się ze mnie w obcym języku, i to zgrywa, zważywszy na rymowankę, dość wulgarnie. Między nastolatkami układ sił. Dwóch chłopaków – domyci, w wyprasowanych dżinsach. Jeden wyciąga z kieszeni imponujący zwitek banknotów. Ja na 2 miesiące pobytu w Maroku mam mniej. Ahmed jest w znoszonym dresie, twarz mu się świeci niezdrowo. Gra rolę nadwornego błazna. Wygłupy są wpisowym do towarzystwa bogatszych kolegów. Dwaj pozostali śmieją się, ale nie bez zażenowania. Grzeczne dzieci nie ośmielają się przekroczyć granicy dobrego smaku. A to ich fascynuje. Ahmed z braku pomysłu znów wyjeżdża z Polonais pédés. Czy on musi zdobywać punkty w ich wewnętrznej grze moim kosztem? Coś we mnie narasta. -Ahmed, opowiedzieć ci historię? Specjalną? Dla ciebie?– pytam. - Oui! Oui! Oui! - Był kiedyś chłopak, który tak dużo gadał, że rodzice zostawili go samego na pustyni – zaczynam. Jak się toczy akcja, nie pamiętam. Na pustyni nie sposób przeżyć samemu, więc pewnie dramatycznie. Rozpęd tracę dopiero, gdy w przedziale zaczyna cuchnąć. Nastolatki, istoty wrażliwe, reagują całym ciałem. Moje zaczęły się pocić. Ze strachu. Przywracam równowagę hormonalną heppy endem. W Marrakeszu chłopcy upierają się, żeby mi nieść bagaż. Dostaję również starannie wypisany adres wakacyjnych kolonii z przykazaniem, żeby do nich wpaść. Słowo to władza. Nieprawdaż?
środa, 21 listopada 2007
Gdzie jest źrodło?
Do tej pory nie nie udało mi się opowiedzieć wielu historii. Te nieliczne – dla Tchafaja, dla Diny, dla Marii – popłynęły jak ze źródła. Może dlatego, że od razu stali mi się bliscy. Miało być inaczej, miałam tym żyć, a historie miały krążyć w moim krwiobiegu. Tymczasem niektórym osobom nawet nie przyznałam się, że do Maroka pchnęło mnie marzenie, by być Szecherezadą dla tłumów. Vide Claude z agencji AFP. Dlaczego? Chyba nie sądziłam, że może go to zainteresować. Albo też, grzebiąc głębiej, czegoś nie byłam pewna, czegoś się obawiałam. Czyżbym do wymyślania historii potrzebowała jakiegoś bliżej nieokreślonego poczucia bezpieczeństwa? Przede mną Marrakesz – matecznik arabskości – sprawdzian?
środa, 14 listopada 2007
Dla wielbicieli ryb
Na skraju suku knajpa rybna. A może bar? Jadłodajnia? Speluna? Na grilu chłopak piecze świeże, bliżej niezidentyfikowane ryby. Nakłada na blaszany talerz, dorzuca chleb pitę i zaprasza do środka. Wchodzę. To bunkier. Żadnego okna, u sufitu kołysze się żarówka, przy stołach z niemalowanych desek – mężczyźni. Nad nimi – roje much. Siedzą na ludziach, na jedzeniu, spacerują po stole. Pani słusznych rozmiarów z chochlą polewa ryby czymś z kotła. Coś ma barwę żółtą. Gestem pokazuję, że nie, dziękuję. Za to biorę dwie kartki szarego papieru pakowego, który leży pocięty na kupce. Nie wiem po co, na wszelki wypadek Mężczyźni, a jest ich ze trzydziestu, po pierwszym szoku, że weszła kobieta i biała, wracają do konsumpcji. Wtapiam się. Jem palcami, jak wszyscy. Dostaję parę spojrzeń spod rzęs i niepewnych uśmiechów. Jem szybko ze strachu przed muchami, ale one wcale nie są takie nachalne. Siadają na jedzeniu, tylko gdy wykonuję za mało ruchów, to znaczy za wolno jem. Ręce wycieram w papier pakowy. Nie wiem, gdzie go wyrzucić, więc gniotę i chowam do kieszeni. Potem robię jak wszyscy: resztki wyrzucam do specjalnego kotła, blaszankę przemywam wodą i podaję przez okienko chłopcu od grila. Ale nie wszystko zrobiłam jak należy. Przy wejściu wisi olbrzymi kamienny dwukomorowy zlewozwak. Klienci myją w nim ręce przed i po jedzeniu. Ja nie umyłam, wychodząc na brudaskę, czym prawdopodobnie potwierdziłam obiegowe mniemanie o ludziach z Zachodu. Oprócz mnie nikt nie wziął papieru pakowego. Jego zastosowanie nadal pozostaje tajemnicą. Nie był przeznaczony do ubikacji, bo w krajach arabskich ludzie nie podcierają się a podmywają. Być może służył do zawijania resztek, które chce się zabrać do domu. Takie dogi bag. Co mi koliduje z brakiem zwierząt domowych. Ale może dla jakichś innych? Osłów? Ryby, którymi uraczyłam się u towarzystwie mężczyzn i much, były pachnące i kruche. Schrupałam również ości, z żalem rezygnując z pożarcia łbów. Wyglądały na jadalne. Ale skoro nikt nie podzielał mego zdania…
piątek, 09 listopada 2007
Czy antysemita może być dobrym dentystą
Pytanie, czy mogę nadal lubić Tchafaja, mimo że jest psychicznym katem swojej córki, w pewien sposób należy do tej samej kategorii, co kwestia nurtująca mnie od dawna. A oto i ona: Czy antysemita może być dobrym dentystą? Pozornie pytanie wydaje się bez sensu, gdyż antysemityzm – ideologia – nie może wpływać na umiejętności zawodowe. A jednak… Parę lat temu, przyciśnięta wiadomo czym, poszłam w Wilnie do dentysty. Nie tak z ulicy, ale poleconego. Znieczulił i zabrał się do roboty. Siedzę więc nieruchoma, z szeroko otwartymi ustami, starając się znosić z godnością ten społecznie przyjęty rodzaj gwałtu. On boruje, ja choć serce mi skacze jak na patelni, zachowuję spokój. On, borując, gada. -No bo i popatrzmy na tych Żydów. Pełno ich w rządzie, w telewizji. Ja to ich poznaję po nosie. Noszą inne nazwiska, jakby nie byli Żydami. Ale są. Ja to pani wytłumaczę… Przełykam ślinę. W tego typu sytuacjach mam śliniotok. -Bo Żydzi proszę pani strasznie się mnożą. Jak króliki, mówię pani, jak króliki. – Wydaję jęk, coś bełkoczę. Wymienia tamponiki, wsuwa dwa dodatkowe. – A Żydówki to piękne kobiety. I przed wojną to było tak, że szanujący się przemysłowiec miał sekretarkę Żydówkę. I spotykali się codziennie. I one zachodziły w ciążę i miały se swoimi szefami dzieci. A ile mężów nie wie, że żony ich zdradziły z Żydem i żydowskie dziecko uznali za swoje? Szerzej otwieram usta, wybałuszam oczy. Najchętniej ugryzlabym go w rękę, ale się boję. Przecież ta ręka gmera w moich ustnych wnętrznościach, całkiem niedaleko mózgu. – Żydzi są wszędzie, bo mają piękne kobiety. Blondynki! A w ilu ludziach płynie żydowska krew a oni tego nie wiedzą! Kiwam powiekami że, tak tak. Pokiwalabym i ogonem, żeby tylko to się skończyło. Być na łasce antysemity to pouczające doświadczenie. Abstrahując od tego, że nie mogłam poruszać ustami, nawet gdybym była w stanie wydać głos, nie wiem, czy odważylabym się wysłać mego kata na drzewo. Dentystyczne wiertło to potężna broń! Do kanonów antysemityzmu należy stwierdzenie, że „Żydzi to międzynarodowa finansjera, która rządzi światem”. W domyśle – zabiera pieniądze nie-Żydom i uciska biedaków. Ale ich władza nie zna granic. Okazuje się, że również „mnożą się jak króliki”. Innymi słowy wyobraźnia ludowa nadaje Żydom wprost magiczne właściwości rozrodcze. Raz się bzykniesz z Żydem, a już jesteś w ciąży! Nie ma lepszego lekarstwa na bezpłodność. Być może z czasem zapomniałabym o tej stomatologicznej historii, gdyby nie jeden drobiazg. Dentysta antysemita przeborował mi ząb. Wypełnienie wsadził również w dziąsło, co powoduje że od czasu do czasu ząb ćmi. Sama sobie jestem winna. Powinnam była delikatnie wyjąć rękę z narzędziem tortur z ust i bezzwłocznie opuścić gabinet osobliwości. Może nie każdy antysemita jest złym dentystą, ale bezpieczniej jest przyjąć odwrotne założenie.
> Tag: opowiadanie historii, Zydzi
środa, 07 listopada 2007
Mój ulubiony córkożerca
Tchafaja, ojca Marii, znałam słabo, wydawał mi się reprezentować tę część kultury arabskiej, która tolerancję odziedziczyła po przodkach ze średniowiecznego El Andaluz. Dodać do tego urok osobisty a mieszanka podziałała na mnie jak afrodyzjak. Wydawał mi si być…. Hummm. W pewien sposób taki sam jak ja. Maria pokazała mi swego ojca jako tradycyjnego pater familias, który zdominował i zniszczył swoją córkę. Zrobił to z miłości - bo wiedział, co dla niej najlepsze. Niemniej w jego świecie to, co najlepsze dla niej, jest jest również korzystne dla niego. Czy Tchafaj córkożerca wszystko stracił w moich oczach? Nie! Mam uczucia mieszane. Niewolne od rozczarowania. Tak bym chciała, żeby człowiek był jednością! Ale nie jest. I nie mam prawa tego wymagać od innych, w momencie gdy ja sama... Jest mnie co najmniej pięć, bardzo różnych, w tym jedna… krwiożercza.
poniedziałek, 05 listopada 2007
Ty widzisz - ciebie widzą
Dziś silnie dmie, fale olbrzymie. W powietrzu świeżość i niecierpliwość. Na nadbrzeżnym bulwarze wiatr targa ludziom włosy. Nie przyczesują ich. Nad samym oceanem monumentalny meczet Hassana II, duma Maroka. Na mój gust – przerażający. Wokół morze, mewy a on jak wieża obronna, stoi i krzyczy, że ma władzę nad tym morzem, tą ziemią i tymi mewami. Przedpołudnie z Latifą na plaży. Leżymy w pustym basenie i jemy truskawki. Wszyscy leżą wewnątrz, bo na brzegu za bardzo wieje. Obok drugi basen pełen wody, tylko ja się kąpię. Wpadamy coś przegryźć do knajpy na topie, styl francuskiej brasserie i takież ceny. Wolałabym coś arabskiego, ale Latifa utrzymuje, że „bywać należy właśnie tu”. Konsumujemy zakąski czekając na „towarzystwo”, które ma zjawić się później. Z zjawia się – jedna dziewczyna – takie sobie oczy włosy, wzrost – myszka bez wyrazu. Gadają z Latifą po arabsku, aż Latifa robi się omdlewająca, znając ją wiem, że znudzona. Od myszki już się nie odczepimy. Latifie będzie to przeszkadzać, mnie wprost przeciwnie. Myszka ma na imię Maria i jest córką… Tchafaja. Tego samego, którego spotkałam w Tangerze do którego haremu gotowam była wstąpić z wielkim entuzjazmem. Maria odpala papierosa od papierosa. – Tatuś nie daje mi pieniędzy – mówi, ale nie ma w tym skargi. – On chce, żebym wróciła do domu. Trzęsą jej się ręce. – Co ty! Koki nie biorę już od wieków. Jeden odwyk. Drugi odwyk. Ma 30 lat. – Czas, żeby się uniezależnić, prawda? – patrzy na mnie jakby potrzebowala potwierdzenia. W Casa jest przelotem. Szuka pracy. Może znajdzie coś w Marbeilli. Nie, nie ma studiów, tatusiowi by się to nie podobało. Ma za to dwoje dzieci, bo wcześnie wyszła za mąż. Tatuś tak chciał. Rozeszli się, ale bez rozwodu, żeby nie przeszkadzać w interesach. Dzieci są w Tangerze, u tatusia. Ma takie marzenie – żeby zamieszkać z nimi z Marbeilli. Pożyczam córce Tchafaja 10 dolarów. Trochę mało na nową drogę życia. Bywa, że ktoś kogo spotykamy, jest dla nas przezroczysty. Jakby wbrew własnej woli, prawie z zażenowaniem, widzimy jego psychologiczny szkielet. Co ma w sercu, co na wątrobie, z czego zrobiono kręgosłup, które kości były złamane. Maria, córka Tchafaja, jest na gigancie. Uciekła z domu. Ma 30 lat a jest 14-latką, kochaną „córeczką tatusia”. Żyła dla niego, dla jego potrzeb. Czy uda jej się uniezależnić? Nie wiem. Fakt, że czasami chcąc nie chcąc widzę ludzkie psychologiczne szkielety, napełnia mnie pewnym niepokojem. Ty widzisz - ciebie widzą. Jeden schemat na różnych poziomach. Są ludzie, dla których też jestem przezroczysta. . |
Archiwum
O autorze
Ostatnie notki
Zakładki:
Ulubione
|