Jutro, 25 sierpnia, opowiadam historie w UFO. Będzie kosmicznie? Pewnie tak. UFO, to letnia agora, wymyślona i zbudowana przez międzynarodową grupę artystów w Warszawie na Placu na Rozdrożu. Drewniana piętrowa konstrukcja, w niej parę łóżek do wynajęcia, obok bar, mały basen, leżaki.
W pewnym sensie spełnienie marzeń mieszczuchów o południowych morzach. Następne, obok palmy Rajkowskiej i nadwiślańskiej la Playa artystyczna próba zmiany klimatu.
Jutro...
Opowiadaczka w UFO… może być różnie.
Irena Wiszniewska nie opowiada historii, już istniejących, które wszyscy znamy,
ale wymyśla historię dla każdej osoby. Tej historii nie będzie znał nikt inny
na świecie oprócz ciebie.
Wygląda to tak:
Ty jej mówisz jakieś słowo, jedno słowo. A ona wokół niego buduje opowieść.
Krótką, 3-4 minutową. Klasyczną z akcją i bohaterami.
Irena Wiszniewska opowiada po polsku, francusku i rosyjsku. Opowiadała na jarmarkach na Podlasiu, na Madagaskarze i w Odessie.
Wszędzie pytano mnie
po co to robię.
Odpowiadam: „Bez powodu”. Bez związku ze skutecznością, użytecznością,
funkcjonalnością, racjonalnością, wydajnością…
Wbrew i na pohybel.
Ten moment, ta chwila, my razem. Snujemy. Nic więcej.
Nie boją się, nie uciekają. Do każdego ulicznego zabijaki
można podejść i go pogłaskać. Koty są wszędzie – na każdym podwórku, na rynku,
w kawiarniach i sklepach. Nocą wychodzą na spacer, przemykają stadami po ulicach,
żerują koło śmietników. Pewne siebie i swojej bezkarności, świadome że nikt nie
ośmieli się ich skrzywdzić, odpoczywają na murkach w pozie zaspokojonego
bóstwa.
W Odessie nie ma kotów, które żyłyby w domowym zamknięciu.
Miasto ma niską zabudowę i multum balkonów, z czego korzystają wędrując do
woli.Obrębie jednej kamienicy tworzą wspólnoty - odwiedzają
te same mieszkania, posypiając na zmianę
na balkonach, pokojowo okupują podwórka.
W Odessie granica między dzikim a oswojonym zaciera się.
Wróciłam. Czy Odessa została tylko wspomnieniem? Nie, jest
częścią mnie. W Odessie byłam szczęśliwa. Wiecie co to jest szczęście?Najkrócej mówiąc, życie w teraźniejszości. Co
zakłada, że nie mamy świadomności wczoraj ani jutro. Jest tylko ten moment.
Było na przykład tak, że poszłyśmy z Nataszą nad morze.
Drobne zakupy na Privozie – ryby małosolne i dunajka też prawie surowa, lekko
solona. Potem na Francuskim Bulwarze wino, które u producenta wlali nam w
butelkę. Wino zwane „ciornym”, leje się jak oliwa po jednym kieliszku masz
czarne zęby, język i podniebienie. Gdy schodziłyśmy nad morze Natasza narwała
dzikiej rukoli.
Siedziałyśmy na ławeczce pochłaniając te ryby, te trawy, to
wino. Mżyło, nie działo się nic ważnego.
Ostatni dzień w miejscu pracy. Na mojej ławeczce. Obok znowu
się całują, okręceni wokół siebie, jeden stwór o podwójnej głowie.
Dwie dziewczynki. Opowiadam im do słowa boża krówka. Czuję,
że dopiero teraz się rozkręciłam. Nie napotykam oporu, słowa ciekną jak woda.
On i Ona, jakby para. Wybierają słowo „morze”. Przędę. W
pewien metaforyczny sposób obiecuję im podróże morzem. Odchodzą. Wracają,
ofiarowując mi kwiaty. Tulipany.
Zdechnę od tego odeskiego romantyzmu.
Kobieta o zamkniętej twarz, kręci głową, że nie, nie chce,
nie potrzebuje. Potem mężczyzna w tym samym niewdzięcznym wieku średnim.
Przystaje, mówi: -Jestem pewien, że dobrze opowiadasz. Jaka szkoda, że spieszę
się do pracy i nie mogę cię posłuchać.
Przypuszczam, że mają podobne życie – są zagonieni, muszą
wyrywać, zdobywać, utrzymywać. A jak inne mają podejście do życia. Ona nie daje
sobie prawa do niczego, co nie jest niezbędne. Nieprzydatne z natury jawi się
jej jako wrogie. On umie cieszyć się z niczego.
Potem się zatarło. Aż na ławce naprzeciwko siada grupa
studentów. Opowiadam im wszystkim po kolei do słów: filatelista, przejażdżka i…
2 dziewczyny po kolei wybierają słowo „miłość”.
Nie, nie powtórzę tej samej historii, myślę. Ambitnie
wymyślam co innego, ale idzie tak sobie. To nic, ze studentami fajnie się gada.
A powietrze pachnie morzem, a w tle każdej opowieści śpiewają ptaki.
Dwadzieścioro dzieci, Siergiej Michailovicz Kazłov i ja.
Prowadzimy lekcję opowiadania historii w szkole Nr 121. To znaczy Siergiej wie,
co robi, ja nie bardzo.
Dzieci ewidentnie wytrenowane przez nauczyciela, wyrywają
się do odpowiedzi. Zasada jest następująca: opowiadamy po kolei historię do 2
słów: „chomik” i „samochód”. Ręce w górę, każdy ma pomysł na dalszą akcję. Fajerwerki
wyobraźni na przemian z wybuchami śmiechu. Dzieci się prześcigają w wymyślaniu
niezwykłych albo śmiesznych sytuacji. Gwar, swoboda, jakich oczekiwałabym raczejpo szkole amerykańskiej niż rosyjskiej.
Wymyślam ad hoc historię do 2 zadanych słów: dziewczyna i
samochód. Idzie chyba nieźle, bo dostaję spontaniczne brawa a przecież mam do
czynienia ze specjalistami. Czuję się dumna jakbym zdała jakiś egzamin. Potem
gadamy sobie. Pytają, czy to prawda, że każdy Polak rozumie ukraiński język.
Pytają też jak nazywało się to miejsce, gdzie leciał polski prezydent, tym
samolotem, który się rozbił. Odpowiadam, że Katyń i tłumaczę, że tam w czasie
wojny zginęły tysiące Polaków. – To Rosjanie ich zabili – wyskakuje jedna z
dziewczynek.
Gdy jakiś fakt utkwił w głowach dzieci, to znaczy wszedł na trwałe do
historii.
Happening pod tytułem „nic się nie dzieje”. Siedzę, czekam. Ludzie
mijają mnie, wgapiają się w tabliczkę i nic.Mężczyznom łatwiej czekać niż kobietom, bo my cierpimy na kompleks
Penelopy. Tak długo wmawiano nam, że naszą rolą jest oczekiwanie -
przeznaczeniem i podniosłą służbą, aż część w to uwierzyła. Często czuję się
przytłoczona tym brzemieniem moich babek i prababek, dlatego nauczyłam się oswajać
okoliczności przypominające
oczekiwanie. Dziś trenuję posługiwanie się kamerą
Aż jest,
przychodzi. Na imię jej Svieta, ma piękne oczy i zęby żółte od papierosów.
Wybiera słowo “liubov”. Opowiadam jej o dziewczynie bez imienia, która chciała
by jej tajemne imię brzmiało “miłość”. Jest happy end, pewnie. Gadamy trochę.
Dlaczego to robię? –Puszczam moje historie na wiatr. Ot tak, żeby leciały, krążyły. -Zapisz je, proszę - mówi.
Jak miło. Widać wyraźnie, że chce mi się odwdzięczyć za tą nadzieję na uczucie,
jaką jej podarowałam.
Czasami
ludzie czują, że muszą dać coś w zamian. Czasami trudno jest przełknąć coś za
nic, nawet jeżeli to coś wiatrem podszyte.
Niedziela. Dziś na spacer po nadmorskim bulwarze wyszli
prowincjusze. Przyjechali z daleka, robią zdjęcia na pamiątkę. Ubrani w sposób,
który we Francji zyskał miano „endimanché”, czyli jak w niedzielę do kościoła.
No mojej (!!!!) ławeczce farbowana blondyna. Mówię jej, że
opowiadam historie a ona „Da…” idawaj
gryźć fistaszki.
Gdyby pogryzała pestki słonecznika – jak wszyscy normalni
ludzie w tym ja – to byśmy się dogadały. W jedzeniu pestek równie ważny jest
fakt spożywania, co plucia. Zrobić „twu” jednoznacznie wyraża stosunek do życia,
a niekiedy służy za wentyl bezpieczeństwa. A tak musiałam uciec od jej
negatywnej energii.
Opowiadam do słow „burza” i „słońce” jakby w tę niedzielę
ludzie byli blisko żywiołów. Aż podbiega chłopak:
-A ja nie po historię, ale po radę.
Zdradził dziewczynę. Musi mu wybaczyć! Musi! Białe róże
zaniósł rano. Teraz czeka na saksofonistę, będą grać pod jej domem. Co jeszcze
może zrobić? Zakochany zdrajca z drobną pomocą przypomina sobie, że dziewczyna
prosiła go, żeby choć raz coś jej napisał na papierze, własnoręcznie.
Dziś w Polsce pogrzeb ludzi, którzy zginęli w rozbitym
samolocie pod Smoleńskiem. Tragedia. Nagła śmierć w wypadku, zawsze odbierana
jest jako niesprawiedliwość. Tym bardziej, że odbiera żywym poczucie
bezpieczeństwa. Z internetowej prasy wynika, że kraj zamarł. Czy w prywatnych domach to
główny temat rozmów? Parę bliskich osób mimo monitów nie odzywa się do mnie
mailowo. Nie wiem jak to rozumieć.
Niespokojne myśli tak mnie prześladowały, że podświadomość wzięła
górę.
Na nadmorskim bulwarze, 14-letni chłopak odłączył od grupy i
do opowiadania wybrał słowo „Wowa”. Przyjąwszy że to jego imię, zaczęłam prząść
o Wowie, który jako dziecko marzył o skrzydłach. Skończyłam tym, że mimo
przeszkód został pilotem. – To jak ci piloci z Polski, którzy się rozbili –
usłyszałam.
Nie była to udana historia, gdyż za dużo w niej było mnie a
za mało Wowy. Zatopiona we własnym „ja” nie weszłam w człowieka.
Im dłużej siedziałam na nadmorskim bulwarze, tym bardziej
wiatr oczyszczał głowę. Dziewczyna na wrotkach, para ze ślubu na spacerze,
przeogromny luz, który należy rozumieć jako pragnienie współgrania z otoczeniem,
zgody na to, co się zdarza. Dlatego choć się nie starałam, na mojej ławeczce
miałam sporo gości. Przesiadła para, on przystojny z ostrym nosem jak młody
Redford, ona czarnowłosa i bezpretensjonalna ze słowem „spacer”. Był Turek
pachnący orientalną pomadą. Ale najbardziej zapadł mi w pamięć Borys. Cudowny
Borys, przystojny i męski w sposób, który sugeruje, że żyje w zgodzie z żeńską
stroną swojej osobowości. Borys wybrał słowo „żaglowiec”. Opowiadając mu
historię, miałam wrażenie, że bredzę. Kupował jakieś majtki, potem jego kobieta
te majtki zakładała na plecy. Byłam przerażona sama sobą, tak absurdalnie
jeszcze nigdy nie było. Aż się wyjaśniło – Borys te absurdy musi odrzucić, bo
przyszedł jego czas na żeglowanie. Już! Teraz!
Ogromnie mi dziękował, może nie tylko z grzeczności.
To już moja ławka. Jutro na nią wrócę i znów coś się zdarzy.
-Moskwa to kołchoz. Fanaberia. – mówi Witia, himalaista,
przyjaciel Nataszy. – W byłym ZSSR istniały tylko dwa ciekawe miasta:
Petersburg i Odessa. Podobne do siebie, zresztą ludzie z tych miast w naturalny
sposób czuli do siebie sympatię. Tyle że Piter jest zimny a Odessa ciepła.
By wytłumaczyć fenomen Odessy Witia odnosi się do historii.
Przypomina, że od zawsze mieszkało tu ponad 130 narodowości,co nadawała miastu kosmopolityczny charakter,
który nie znajdował uznania w oczach kolejnych władców, obojętnie jakiej maści.
Odessici umieli sobie z tym radzić, o czym świadczy chociażby stojący tu…
Pomnik łapówki.
Jego historia datuje się z czasów imperatora Pawła, syna
Katarzyny II, który odmawiał funduszy na budowę odeskiego portu. Przemyślni
Odessici postarali się poznać upodobania imperatora. Jako, że bardzo lubił
pomarańcze, posłali mu cały wóz owoców prosto z Grecji, wzmiankując, że gdy
stanie port, będą bardziej dostępne. Posłańcy wrócili do domu z olbrzymią sumą
200 tysięcy rubli na budowę portu, co zapoczątkowało proces powstawania
poczucia wspólnoty,odeskiego „esprit”.
Najkrótsza definicja tego co według Odessitów ich wyróżnia
ilustruje następująca anegdota. Nina, przyjaciółka Nataszy: - Nie lubię jeździć
do Moskwy, bo oni uważają, że jeżeli coś powiem, to tak myślę.
Włoski pisarzClaudio
Magris twierdzi: „Nasza europejska cywilizacja uczy nas kochać, a jednocześnie
kpić z tego, co kochamy – i nadal to kochać”. W tym znaczeniu Odessici są
modelowymi Europejczykami.