|
Tego lata jeżdżę po jarmarkach i opowiadam historie, które wymyślam na zawołanie
Blog > Komentarze do wpisu
Nocą na Dżemma el-Fna
Dziesiątki, nie, setki światełek. Czuję się, jakbym patrzyła na nie z góry. A przecież staję na płaskim, a przede mną też płasko. Plac zda się ciągnąć w nieskończoność. Niebo jest ciemne i okrągłe. Na placu stoiska ze zbitych desek. Na każdym jedzenie i latarenki na olej. Powietrze zasnuwa dym. Pachnie olejem i smażeniną z nutą czegoś słodkiego. Pomarańczy? Na obrzeżach młodzi chłopcy wyciskają pomarańcze. Jak na akord. Jedna, druga. Do szklanek wpada sok i miąsz. - Oh, przepraszam! Znowu ktoś na kogoś wpadł. Na dwa kroki od stołu nic nie widać. Bo dym, bo latarenki oświetlają tylko jedzenie. Tu sałaty na zimno. Tam szaszłyki, plastry baraniny, kus-kus i znowu pomidory…. Siadam na ławie. Wąska deska się ugina. Obok mnie dwie Amerykanki. Slimaki zamawia się w kubkach. Wybieram kubek średni. Skorupka – nadziać na wykałaczkę, wyciągnąć. Trochę twardawe. Smak przydymiony. – Jaki to rodzaj ślimaków? – zwracam się do… właściciela? Kelnera? – Tu veux un autre? – pyta. – Manger, tres bon, pas cher. Odwracam się do Amerykanek: - Do you like it? Gulgoczą coś i odchodzą, jakby wystraszone. Oj, nie pogadam ja tu sobie wtorek, 27 listopada 2007, opowiadaczka
TrackBack
|
|